Część I: Drzewo

A jeżeli dostąpiliśmy rozkoszy tylko i wyłącznie dzięki poznaniu dobra i zła? Zastanawiało cię kiedykolwiek, czy Adam i Ewa mogli siebie pragnąć, zanim zaznali grzechu pierworodnego? Skoro nie czuli wstydu, cierpienia i bólu, czy mogli doznawać pasji, pożądania i uniesień? Być może zakazane owoce poznania dobra i zła, to równocześnie owoce rozkoszy. To chyba właśnie przez nie straciliśmy wieczność zawartą w Drzewie Życia.

Może jednak nie straciliśmy wieczności, tylko zmieniliśmy jej formę. Z linearnego trwania pozbawionego kresu, w cykliczną formę odradzania się i śmierci. W istnienie określone początkiem i końcem, w którym nasze poczęcie i życie naznaczone zostały krwią oraz bólem – a te są równocześnie zapowiedzią naszego odejścia. Jak Drzewo, którego czysta biel i krucha niewinność, swoimi korzeniami sięga do szkarłatu i z niego wyrasta. Zaś jego kolczaste owoce dziedziczą w sobie piętno krwi, zmysłowości i cierpienia.

*

W pragnieniu innego ciała objawiam się w pełni instynktów, niczym zwierzę. Jest w tym coś pierwotnego i bliskiego natury. W łakomym zespoleniu odczuwanie wyostrza się, a nasze zbliżenie staje się pogańskim nabożeństwem ku czci zmysłów. Może odczuwam porywy namiętności tylko dzięki temu, że noszę w sobie skazę i pęknięcie. Ciało zapalczywie reaguje na najłagodniejsze muśnięcie, a smak ust opowiada mi historię, którą boisz się podzielić. Zmysłowy dotyk wywołuje drżenie, bo w moich trzewiach czai się też zdrada. Czułe słowo szeptane do ucha wyzwala ciarki na mym karku jedynie dlatego, że w jego echu wybrzmiewa kłamstwo.

We wzajemnym wejrzeniu przeszywamy się na wskroś, odzieramy się ze wszystkich zasłon, docieramy do samego sedna. A płomienne spojrzenie dojmująco zniewala, bowiem z moich oczu potrafi płynąć też pogarda. Upojna bliskość ogrzewa każdy skrawek mej skóry, ponieważ ranię i krzywdzę. Zapach uderza we mnie, oddycham nim zachłannie i wtłaczam w siebie powietrze naznaczone twoją obecnością. Doznaję ekstatycznych uniesień wyłącznie przez to, że agonia tli się w mych czeluściach.


Część II: Ogród rozkoszy


Czy wiesz jak cienka jest granica między rajem a piekłem? Kiedy nie trzymają cię w ryzach żadne ograniczenia i otacza cię wyłącznie absolutna wolność? Możesz mieć wszystko czego zapragniesz, a granice wyznacza jedynie twoja wyobraźnia. Wolna wola jest pięknym darem, ale potrafi przyjąć też formę okrutnego przekleństwa. Nie zdarzyło ci się nigdy, że spełnienie twoich najskrytszych marzeń w ułamku sekundy przerodziło się w najpodlejszy z koszmarów?

Zawiedź mnie do najdalszych zakątków Ogrodu rozkoszy. Napawajmy się kwieciem, kosztujmy owoców wszelkich napotkanych drzew. Niektóre kłują do krwi, inne trują do szpiku. Pragniemy zasmakować każdego z nich, nawet jeśli chwilami ranią i ogniem wyżerają piętno. Misternym ostem przykryj me obawy, niech ten wabiący urok nie ma końca. Aż po sam horyzont rozsnuwa się ogród pięknego bólu, który fragment po fragmencie klasyfikuję w atlas flory rozkoszy.

*

Kolejna dłoń nakłuwa swym dotykiem moją skórę, każde złożone na mym ciele usta przebijają się na wylot. Ponowna fala upojenia tworzy w mej powłoce niewielki detal ornamentu żarliwości. A ten, wzbogacając swoją barokową formę, patroszy resztki tego, co ze mnie pozostało. Błagam, chociaż wypal na mnie jeszcze jedną bliznę pożądania.

Rozpłomieniona euforia zlewa się z okrucieństwem kwiecistych tortur, a drżenie dzikiej przyjemności staje się tożsame ze spazmami katuszy. Chwilami sam już nie mogę odróżnić, czy doznaję wyżyn namiętności, czy tkwię w scenie plugawego gwałtu. Zaległy w cieniu me wybielone i wyjałowione z czucia zmysły. Spowijam się kotarami obojętności, nakrywam nimi oczy. Potrafię już tylko mechanicznie reagować fałszywymi porywami na metaliczny chłód dotyku, który nigdy nie słucha, a jedynie ćwiartuje. Jestem pustynią pełną drzazg, która nie zaznaje ukojenia.


Część III: Maska wstydu i Widełki heretyków


Czy w każdym z nas nie skrywa się oprawca? Wyszukanymi narzędziami tortur zadajemy cierpień sobie lub innym. Przywdziewamy kruchą Maskę wstydu z finezyjnie zdobnej moralności, którą chełpliwie krępujemy tych, którzy nie potrafią odnaleźć się w jej okowach. Ale nawet wówczas, gdy zostanie skrojona perfekcyjnie na twą miarę, nadchodzi dzień, gdy jej wnętrze zaczyna pozbawiać cię tchu. Usychasz z pragnień, toczy cię nienasycenie.

Wystawiam na ogląd w mym domostwie na wystawnym podniesieniu, niczym najpiękniejszą z ozdób, Gruszkę zasad kobaltem trujących, która od środka rozszarpuje mnie na strzępy i pozbawia mowy. Na kształt kunsztownej biżuterii przyoblekam się w Widełki heretyków, których ostre krańce boleśnie wymierzone w skórę wymuszają wyznanie. Wypowiem każde z pięknych kłamstw, które pragniecie usłyszeć, niech ukoją wasze strapione sumienia. Wyrzeknę się nawet swej istoty, bym bez udręki mógł drgnąć chociaż.

*

Najgroźniejszą z mych herezji jest poddanie, składam w ofierze przed tobą najwątlejszą stronę mej materii. Obnażam szyję, w daninie odsłaniam krtań. Zdław mnie, zaduś, pozbaw tlenu. Oddziel mnie od świadomości, abym na chwilę choć potrafił docenić smak zwykłego oddechu. Zatop me spojrzenie w zaślepiającym błękicie, przełam mnie wpół, a z powstałej wyrwy niech wylęgną ciernie. W wyziębionym obojętnością i bezczuciem trwaniu, jedynie konwulsje bluźnierczych gestów przywołują zamglone wspomnienia łaknień.


tekst: Sebastian Gawłowski




Wystawa powstała w ramach Warsaw Gallery Weekend 2020

Katalog prac -
Przewiń do góry okna