Nie tak dawno temu, za siedmioma renderami, za siedmioma gradientami, powstała kraina zamieszkiwana przez Homo Ludensów. W dobroci swej i zamiłowaniu do urokliwej psoty przewodził im Dominik Rafał znany wszystkim ze swej cnoty. Jest to miejsce niezwykłe, gdzie szarościami malowany laboratoryjny chłód nie boi się nadejścia gorącej barwy szczęścia. Gdzie w majestatycznych pozach popielate figury Ludensów zmieniają się po chwili w prężące się ciała, czekające tylko by ruszyć do swawolnych densów. Niegdyś o tym tajemniczym plemieniu pisał Johan Huizinga w profetycznym uniesieniu. Nieokrzesane i surowe piękno ich oblicza, mimo potulnego i czułego wdzięku, do tych łatwych się raczej nie zalicza. Ich skóra w sobie skrywa migotliwe blaski, niczym odlana z tej samej żywicy, co polakierowane rowerowe kaski. Rozpoznać też ich można poprzez wielkie grabie oraz bary, na których widok z zachwytu omdlewają Ludensow typiary. Zaś snucie rozważań nad harmonią świata ich w ogóle nie przytłacza, nawet gdy balansują na głowie w kształt łyżwy najacza. Żeby trafnie to spuentować: Ludensy bawić się kochają, a ich wizerunki doskonale się sprzedają.

To trochę banał pisać, że Rafał Dominik w ramach swojej twórczości wykreował wyimaginowany i zaczarowany świat. Truizm tego pokroju można wymierzyć chyba w każdą osobę identyfikującą się jako artysta / artystka. Tym bardziej w profesjonalnym obiegu galeryjno-instytucjonalnym taki statement uchodzi za (co najmniej) obciach. Ale banał i obciach są motywami, z którymi regularnie flirtuje w swoich działaniach Dominik. Zatem napiszę to jasno i wyraźnie: Rafał Dominik w ramach swojej twórczości wykreował wyimaginowany i zaczarowany świat.

Homo Ludens, który ten świat zamieszkuje, to w rzeczywistości pojęcie zaczerpnięte z tytułu książki holenderskiego akademika Johana Huizinga. Upraszczając najbardziej, jak tylko się da: Homo Ludens, to człowiek bawiący się. I ta zabawa, ta popularna, ludowa, discopolowa, jarmarczna, weselna i rubaszna jest najbliższa Rafałowi. Ta, do której często w naszym napompowanym i snobistyczno-intelektualnym kręgu sztuki trochę wstydzimy się przyznać i spoglądamy nań ze wzgardą. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy "pod wpływem" nie odśpiewał jakiegoś z weselnych szlagierów.

I w taki oto sposób ludyczne są wszystkie postaci, które wygenerował Rafał. W swoich lekko niegramotnych kształtach przypominają socjalistycznego robotnika odbudowującego ojczyznę zmiksowanego z postacią z gier komputerowych ze szczyptą instagramowej influencerki. Jest to rodzaj współczesnego "mutanta", gdzie przez pojęcie to Dominik rozumie uwypuklanie pewnych cech do ekstremum, podbijania ich ciągle ponad normę, na maksa. Te wielkie dłonie, szerokie szczęki czy mocarne poślady stają się odpowiednikiem znanych nam z estetyki plastycznej dysmorfii: nadmuchanych warg, silikonowych piersi, przepakowanych na sterydach barków i kaloryferów. Life in plastic is fantastic w odsłonie polskiego cyfrowego folkloru.

Najbardziej jednak uderza mnie to, że bohaterki i bohaterowie tego uniwersum emanują urokiem. Coś tam jest za duże, tu trochę krnąbrna pierś wyskakuje, tu oko trochę uciekło, tam wielka uda robią akrobatyczne wygibasy, albo szczęka za bardzo wystaje. Ale wszystkie te niedoskonałości absolutnie nie przeszkadzają im wdzięczyć się i prezentować w zalotnej figlarności, czy ociekać pewnością siebie i seksapilem. Nawet wstydliwe gesty są pełne kokieterii. Aż sam im zazdroszczę luzu i nieoczywistego piękna.

Tworząc swoje prace Rafał często operuje w środowisku renderów 3D i praktycznie wszystkie postaci, mimo że pokazywane jako wydruki, można z łatwością przenieść na przestrzenną formę rzeźb. Powiedz czy wolisz rzeźbę do salonu czy coś nad kanapę, a wyprodukujemy co trzeba. Ten komercyjny mezalians w transparentny sposób staje się częścią jego praktyki - chyba większość z nas słyszała o oprowadzaniach Rafała po centrach handlowych czy kojarzy jego rzeźby sneakersów. W końcu artyści też muszą z czegoś żyć (i nie pomijajmy proszę w tym wszystkim galerzystów), ale ten rodzaj pojmowania sztuki jako towaru jest jedną z wytycznych w procesie koncepcyjnym Dominika.

Poza renderowymi pracami na wystawie pokazywane są również rysunki, które stają się zapisem wędrówki Rafała przez meandry świata 3D. Mimo, że postaci Ludensów zostały przeniesione na płaską kartkę, to nadal formy te wybrzmiewają ich naturalnym środowiskiem – sposobem nakładania światłocienia w gradientowy sposób, myśleniem o ich teksturze oraz bryle. Przy czym ta bliskość ręki, fizyczny dotyk ołówka nadały im jeszcze więcej delikatności i subtelności.

Świat Dominika jest o tyle zaczarowany, że natrafimy tam z łatwością na taktownego gbura, mądrą debilkę czy wrażliwego socjopatę. Wspólnota Ludensów staje się zatem utopijnym projektem społecznym, w którym swoboda oraz zamiłowanie do prostoty i banału nie muszą iść w parze z ignorancją, fundamentalizmem czy agresją. W przeciwieństwie do rzeczywistości, która raczy nas obficie podobnymi zestawami cech. I może to właśnie obciach nas wszystkich uratuje.


tekst: Sebastian Gawłowski

Katalog prac -
Przewiń do góry okna