Zbigniew Andrzej Natkaniec — Konfiguracje

20.09 — 19.10.2019

Otwarcie wystawy w ramach Warsaw Gallery Weekend 2019
w piątek, 20 września 2019 r. w godzinach 17.00 – 21.00.

Wystawa powstaje we współpracy z Galerią Sztuki Współczesnej w Opolu.

Największe z najmniejszym zbiega się[1]

Joris-Karl Huysmans w swej najsłynniejszej powieści opisuje wyprawę diuka Jana Floressas des Esseintesa do Anglii, przedsięwzięcie zarówno w punkcie wyjścia jak i w finale całkowicie przesunięte w stosunku do rzeczywistości, przynajmniej tej pojętej naturalistycznie. Inspiracją podróży jest bowiem proza Charlesa Dickensa stawiająca przed oczami diuka „obraz kraju mżawki i błota” a za satysfakcjonujące zakończenie wystarczy mu „angielski” klimat deszczowego Sceaux, gdzie oczekuje na pociąg (do którego nigdy nie wsiądzie) przypatrując się Anglikom gawędzącym o niepogodzie i racząc się zupą z wołowych ogonów, wędzonym sztokfiszem, dwiema kwartami ale’a, żyłkowanym serem ze Stilton oraz porterem[2]. Podobne wrażenie „przesunięcia” odczuwa się przy pracach Zbigniewa Natkańca, gdzie kule sporządzone z drewna i sznurka wystarczają za wszechświat i prawa nim rządzące. I w żadnym razie, podobnie zresztą jak w przypadku diuka Jana, nie chodzi tu o lekkomyślność, naiwność czy jakieś zabawne qui pro quo, wręcz przeciwnie, działania czynione są z wielką intelektualną pedanterią, jednak jest to intelektualizm całkowicie „na własny użytek”.

 

Natkaniec swoją praktykę nazywa „malowaniem w przestrzeni”. Jest to wyraźne odwołanie do tzw. „rzeźby postmalarskiej” lat 80., szczególnie kręgu poznańskiego, gdzie artysta studiował i gdzie prace niewiele starszych od niego kolegów i absolwentów PWSSP tworzących Koło Klipsa często nazywano właśnie „malarstwem w przestrzeni”. To pokrewieństwo wskazuje na punkt wyjścia artysty, może natomiast nieco mylić co do kierunku, który Natkaniec ostatecznie obrał. Z całą pewnością istnieje zbiór podobieństw, zarówno formalnych: określona ekspresja, szczególne użycie koloru, pewna „scenograficzność”, jak i „myślowych”: intuicjonizm, ikonograficzna hermetyczność, granie pomiędzy jarmarcznością i absolutem. Mimo wszystko jednak specyficznie „poważny” humor prac Natkańca wydaje się być radykalnie odmienny od ironii Koła Klipsa.

Artysta posługując się ściśle określonym zestawem wizualiów i skupiając się na określonych zagadnieniach od wielu lat zamyka twórczość w figurze będącej wynikową formy, którą wypracował, i tematów, którym się poświęcił. Używa materiałów bliskich naturze, wątki tworzą drewniane prostopadłościany, sploty płótna i ślady farby. Pracuje w równie osobliwy, co żmudny sposób – z pietyzmem wykonuje drobne elementy, które stają się częściami prac, a następnie – służąc jako kombinatoryczne moduły – rozrastają się w wieloelementowe instalacje o zmiennych układach. Tej czasochłonnej produkcji i permutacyjności towarzyszy refreniczna powtarzalność motywów, którymi się posługuje. A motywy artysty, mimo że niezbyt liczne (m.in. krzesło, pędzel, chorągiewka, stołek, dłoń, kula, trójkąt, ostrosłup), mają niemal wszechpotencjał znaczeń, poczynając od najlichszych przejawów materii, na sacrum kończąc.

Żeby trochę rozjaśnić podejrzane pojęcie „wszechpotencjału” należy przywołać jedną z myśli Blaise’a Pascala: „Natura pomieściła nas tak dobrze pośrodku, iż, jeżeli zmieniamy położenie jednej strony wagi, zmieniamy i drugą. To budzi we mnie mniemanie, że istnieją w naszej głowie sprężyny, tak rozmieszczone, iż kto dotknie jednej, dotyka również i przeciwnej”[3]. Realizacje Natkańca są wielowątkową grą ze sprężynami Pascala. Poruszenie geometrycznej klarowności zespolone zostaje z chaosem szczegółu, architektonicznej ścisłości z ekspresyjnym nawarstwianiem i chwiejnością, codzienności z eschatologią. Kontrasty i wspomniana permutacyjność mnożą sprzeczności zawarte w pracach, potęgują wrażenie niemożliwości pewnych zestawień, które jednak okazują się całkowicie naturalnymi w sztuce Natkańca – ekscentryczna ludyczność i metafizyczne skupienie są tu właściwie jednym. Artysta ujmuje strukturę rzeczywistości jako całość złożoną z biegunowo odmiennych warstw, których punkty styku – wbrew logice biegunowości – odnajduje. Łączy prozaiczne drobiazgi, osobiste wspomnienia i emocje z ciałami niebieskimi i „czasem absolutnym”. Paradoksalnie zestawia matematyczne prawidłowości z nostalgicznymi utensyliami, absolut z nieporadnymi, „cyrkowymi” konstrukcjami. Atomy rzeczywistości zamieniają się funkcjami – krzesło unosi się w przestrzeni jako planeta, księżyc staje się detalem architektury a najmniejszy element wyrzeźbionej pracowni – złoty trójkąt na filigranowym płótnie – mieści sacrum. Wszechpotencjał tej sztuki to nic innego jak swoista wersja formuły coincidentia oppositorum – najwyższego zjednoczenie rzeczywistości. „Zbieżności przeciwieństw”  – wątek wspólny wielu bardzo odległym religiom – głosi reintegrację świata fizycznego i psychicznego w pierwotną jedność.

Ta ontologiczna wymienność ma u Natkańca osobliwy charakter – w równym stopniu ulatuje w górę, jak i ciąży w dół, ale także w równym stopniu abstrahuje, jak i indywidualizuje („ubiograficznia”) byt. Celanowski wers: „Dźwigamy światłość, ból i imię”[4] zdaje się zadziwiająco precyzyjnie ujmować tę właściwość twórczości Natkańca. W konstelacjach i totemach jego instalacji jest pewien niewerbalizowalny blask, równocześnie jednak od takiej sztuki można się zakurzyć albo wbić sobie drzazgę, zagracić się jakimś pakamerowym natłokiem materii. I w końcu między tym „ogniem” z Pascalowskiego objawienia a unoszącymi się szmatami do podłogi jest sfera intymnie „autobiograficzna” – powtarzają się autoportrety i mniej lub bardziej oficjalne sygnatury artysty, tabliczki i etykietki nadają formom numer i „katalogują” je, niewielkie chorągiewki przywłaszczają konstrukty. Obok alchemicznej zasady analogii, wzajemnej zależności wszechrzeczy – tego, co wysoko i tego, co nisko jest również figura alchemika – artysty.

Nadnarracyjność, mnogość, skrupulatne gromadzenie, geometryzacja konstrukcji oraz permutacyjna wymienności elementów prac artysty nieodparcie przywodzi na myśl opowiadanie Jorge Luisa Borgesa Biblioteka Babel. Tytułowa blioteka-wszechświat składa się, według przypuszczeń bibliotekarzy, z nieskończonej ilości sześciobocznych pomieszczeń, z których każde stanowi jej środek. Mieści ona woluminy zawierające wszystkie struktury słowne, wszystkie warianty, na jakie pozwala dwadzieścia pięć symboli graficznych, wszystkie myśli filozoficzne i ich refutacje. Jednak nie tylko ze względu na monumentalną kombinatorykę Biblioteka pokrewna jest sztuce artysty, zbieżna jest również wiara bibliotekarzy w istnienie ostatecznego porządku tkwiącego w głębi przypadkowej plątaniny świata i poszukiwanie perspektywy, która by ujawniła ten ład. „Gdyby wieczny podróżnik przebywał ją [Bibliotekę Babel] w jakimkolwiek kierunku – czytamy w opowiadaniu Borgesa – stwierdziłby po upływie wieków, że te same tomy powtarzają się w takim samym chaosie (który, powtórzony, byłby jakimś porządkiem: Porządkiem).”[5] Oczywiście Zbigniew Natkaniec nie jest wiecznym podróżnikiem, musi  zatem używać dróg na skróty i karkołomnych cięć, podobnie jak żyjący „na wspak” diuk Jan Floressas des Esseintes.

Łukasz Kropiowski

[1] Maksyma Mikołaja z Kuzy.

[2] Joris-Karl Huysmans, Na wspak, przeł. J. Rogoziński, Kraków 2003, ss. 135-146.

[3] Blaise Pascal, Myśli, przeł. T. Boy-Żeleński, Kraków 2003, s. 19.

[4] Paul Celan, Białe i lekkie [w:] P. Celan, Psalm i inne wiersze, przeł. R. Krynicki, Kraków 2013, s. 111.

[5] J.L. Borges, Biblioteka Babel, przeł. A. Sobol-Jurczykowski [w:] Borges, Fikcje, Warszawa, 1972, s. 73.